czwartek, 7 stycznia 2016

3

Prezenty. Bardzo długo myślałam jak rozwiązać kwestię nabywania i dostawania prezentów podczas roku bez zakupów. Jednak nieco się taka akcja obdarowywania kłóci z założeniami zakupowego postu. I o ile problem bycia obdarowanym raczej nie czyni mi kłopotu, o tyle gorzej było z aspektem dać coś komuś ale nie kupić.

Nie bardzo uśmiechało mi się zupełnie rezygnować z podarków. W mojej rodzinie obdarowywanie kogoś jest celebrowane ze względu na przyjemność płynącą z dawania,
a nie ze względu na obowiązek rodzinny lub by nie wyjść na prostaka.

Dawno juz ustaliliśmy że imieniny, dzień dziecka, mikołajki oraz milion innych akcji to nie okazja do kupowania prezentów. Z nieco liczniejszą rodzina obchodzimy tylko urodziny. Mąż, ja oraz moi rodzice obdarowujemy się jeszcze w Wigilię. Kwestia jednego prezentu
w ciągu roku nie jest trudna do rozwiązania i nie łączy się z nadmiarem. Każdemu z nas coś sie w ciągu roku przydaje. A to kurtka, a to spodnie, jakiś kosmetyk czy wyjście do kina. Przy tej ilości prezentów bardzo łatwo nabyć coś praktycznego, co nie będzie zbytkiem
i durnostojką a ucieszy solenizanta.

W mojej rodzinie praktykowany był zwyczaj przekazywania sobie pewnych rzeczy podczas ważnych uroczystości. Dla przykładu... Moja babcia podarowała mi złoty łańcuszek
z medalikiem, z okazji Pierwszej Komunii Świętej. Babcia dostała ten medalik od swojej mamy, mama babci od swojej mamy (mojej praprababci). Przekazanie następowało zawsze podczas Pierwszej Komunii Świętej. Nie wiem jak daleko ten rytuał sięgał. Nie ma to jednak znaczenia.

Śwadomość tego, ilu osobom w mojej rodzinie ten przedmiot służył, ile przetrwał (już sam fakt że nie zaszła potrzeba spieniężenia go podczas wojen, ani że nikt go nie ukradł) czyni go wyjątkowym. Czymś, czego nie da się kupić u najlepszego jubilera i czego nie da się przekazać poprzez rzecz nowo nabytą. Jest to przedmiot dla mnie wyjątkowy.
Jest to również przedmiot, z którym przyszłoby mi się rozstać bez bólu, bo cały bagaż emocjonalny z nim związany jest we mnie, a nie w nim.

I tej metody postanowiłam trzymać się w tym roku, a może i w następnych latach.
Mam tyle rzeczy, które już mi się wysłużyły, z których zaczerpnęłam ile mogłam, które sa dla mnie ważne, ale nic nowego już w moje życie nie wniosą. Teraz nadszedł czas uwolnić je z moich rąk, niech służą i pomagają, a czasami po prostu cieszą innych.

Oczywiście był we mnie opór przed oddawaniem rzeczy używanych w ramach prezentów.
O ile mnie takie prezenty (jeśli są mi praktyczne, a nie oddane na zasadzie- niech wadzi komuś innemu) cieszą, o tyle zdaje sobie sprawę, iż w dzisiejszych czasach może to być postrzegane jako sknerstwo, pozbywanie się rupieci, lub po prostu brak kultury.
Na szczęście ja tak nie uważam, i tej wersji będę się trzymac :)